Podsumowujemy Poznań Maraton 14 - my-motivator.pl Podsumowujemy Poznań Maraton 14 - my-motivator.pl my-motivator.pl
Poznań Maraton 14 - start
Podsumowujemy Poznań Maraton 14
Październik 16, 2013


Ach co to był za dzień. Na samą myśl dostaję gęsiej skórki :) Te emocje i atmosfera były niesamowite! A do tego udało mi się osiągnąć więcej, niż zakładałem. Cóż więcej mógłbym zatem chcieć?

Przed startem 12.10.2013

Dzień przed startem udałem się do biura maratonu aby odebrać pakiet startowy. Po powrocie do domu rozpakowałem, obejrzałem i zabrałem się do dzieła – przytwierdzenia chipa startowego do mojego wspaniałego buta :-) Poszło łatwo i przyjemnie. Już czułem te emocje…

Noc niespokojna, dość szybko się położyłem lecz długo nie mogłem zasnąć… W końcu oczekiwałem tego startu tyle czasu, przygotowywałem się do niego przez kilka miesięcy… To miał być mój debiut…

Poranek

Obudziłem się już o 6:00. Taki był właśnie plan, aby spokojnie zjeść śniadanie na 3 godziny przed startem. Ciemne pieczywo i krem czekoladowy miały dodać mi sił podczas najważniejszego wydarzenia sportowego w moim  życiu. Po śniadaniu położyłem się jeszcze na chwilę i… pouczyłem się hiszpańskiego ;-) Ok  godziny 8.20 byłem już jednak na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Udałem się powoli do szatni. Rozpalony, widzę tysiące osób przygotowujących się do biegu… Emocje są już niedopisania… I chyba tak właściwie nie do końca pamiętam co tam się wokół działo… Zjadłem jakąś czekoladkę, oddałem torbę do przechowalni i wyszedłem na dwór…

Krótka rozgrzewka i obserwacja. Tyle osób wokół z tym samym celem… Wolnym krokiem skierowałem się na linię startu.

Maraton startuje i pierwsze kilometry

Przed startem odnalazłem swoją grupę E z której miałem rozpocząć bieg… Trochę przesuwałem się jednak do przodu, ponieważ mój ambitny cel zakładał czas netto poniżej 4h, a tutaj warunki były ku temu dość słabe (duża strata to pacemakerów). To z ich usług chciałem skorzystać na początku. Plany swoje jednak szybko zrewidowałem, kiedy poznałem stojących obok dość doświadczonych biegaczy z podobnym celem czasowym. Pomyślałem wówczas – po co mi pacemaker? Pobiegnę z nimi.

W trójkę biegliśmy przez około dwa kilometry dość spokojnie. Czas słaby, ale nie chciałem się wyrywać podczas pierwszych kilometrów, podobnie jak moi towarzysze. Na 3 kilometrze jeden z nich zdecydował że udaje się bardziej do przodu i się rozdzielają. Postanowiłem pobiegnąć za nim aby nie tracić już więcej dystansu. Około 8 kilometra baloniki wskazujące czas 4:00 były już tuż przed nami. Tempo utrzymywaliśmy do około 15 kilometra, kiedy mój towarzysz maratońskiej podróży udał w ustronne miejsce poza trasą w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych ;-)

Podczas biegu

Chwilę później spotkałem kolejną parę znajomych biegnących na czas poniżej „4:00:00 jeśli wystarczy im sił”. Znów pomyślałem, że to dobry moment aby z kimś biegnąć razem. Powoli wyprzedziliśmy grupę 4:00 i utrzymywaliśmy się kilkadziesiąt metrów przed nią. Trochę rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Po 21 km zostaliśmy już jednak we dwójkę… Kiedy w okolicach 30 km odwróciłem się w lewo, mój nowo poznany kolega zostawał już kilka metrów z tyłu… Nie  mogłem jednak zwalniać i postanowiłem kontynuować bieg w samotności.

Mój maratoński debiut

Mój maratoński debiut – fotografia Karoliny :D

Dużo czytałem o maratońskich biegach, problemach i miejscach trudnych. Wszędzie wskazywano na 32-33 kilometr jako moment krytyczny. Oczekiwałem tej chwili z respektem. Nie bałem się go jednak, byłem przecież przygotowany do tego biegu wyśmienicie (w mojej opinii ;p). Tabliczka 30 km, 31 km, 32 km… 33 km. Ciągle spokojnie i bez problemów. 35 km i rozpoczynamy podbieg pod Serbską… Mam tyle sił, że bez problemu wbiegam na tą górkę wyprzedzając dziesiątki innych maratończyków. Czuję się naprawdę dobrze! 37 i benc ;D To jest ten moment którego miałem się spodziewać 5 km wcześniej… Już wiem co to znaczy i wiem jak bardzo uczy on życia…

Nie chodzi wcale o to, że nie masz siły. Problemem jest twoja psychika, zmęczony mózg. Przecież te nogi mogą jeszcze wiele. Pewnie i ze 20km jest w twoim zasięgu. Jeśli nie biegaliście maratonów musicie to sobie wyobrazić… Pozostali to po prostu znają:) Podświadomość mówi Ci, że nie możesz. Zacząłem mocniej kontrolować czas. Wiedziałem że mam duży zapas względem założonego na starcie celu i mogę zwolnić. Jednak miałem gdzieś na tyle trzeźwego umysłu, aby logicznie wybijać sobie z głowy te chore pomysły. Zostało 5km. Jeśli zwolnię, mogę przegrać! Dam radę i walczę.

Blisko mety

38 km to już istna wojna. Wbijam sobie do tej głowy, że zostało już tak niewiele! Tylko 4 km! A ona co? Odpowiada, że zapomniałem o 200 metrach… Przecież nie chciałem o nich nawet myśleć w tym momencie… Zlituj się mózgu i odpuść na chwilę. Lecimy dalej. 39, 40 i czuję już metę. Jeszcze raz sprawdzam czas. Na początku kontrolowałem go co kilometr. Teraz już co 2-3 km. Nie miałem już siły liczyć tych minut i sprawdzać jakie właściwie mam tempo… 41 i zaczynam kolejny mały podbieg. Wbiegam na ten nierówny bruk i widzę pełznących ludzi nie mających już siły.

Pomyślałem sobie szybko, że bez zatrzymania przebiegłem 41km i 400 metrów to teraz nie odpuszczę. Wykrzesałem z siebie tyle energii aby jeszcze przyspieszyć! Wyprzedzałem na potęgę. Nie wiem ile osób na tym bruku  zostało za moimi plecami… Nie wiem skąd brałem siłę… Wiem że biegłem, a na ostatniej prostej zobaczyłem zegar z czasem brutto 3:59 i kilkanaście sekund. To było jak kop w du**. Takiego sprintu na końcówce się chyba nie mogłem spodziewać. Kilka kroków przed meta widziałem, że uda mi się osiągnąć coś, o czym nawet nie myślałem. Oba czasy poniżej 4h! Przekraczając linię mety uniosłem ręce w górę, ale nie w geście triumfu. Ułożone w serce dedykowane było mojej damie ;-)

Za metą

Pamiętam jeszcze ten PIP kiedy nadepnąłem na macie pomiarowej. Uczucie wspaniałe. Twarz ukryłem w dłoniach. Nie miałem sił i już wiem, dlaczego medaliści olimpijscy płaczą na mecie :D Udało mi się jednak wytrzymać tą chwilę wzruszenia. Szybko otrzymałem medal, koc termiczny i nie czekając sięgnąłem po telefon, aby światu obwieścić, że żyję:)

Oficjalne czasy nie były już dla mnie tak istotne. Liczyło się to, że cel został osiągnięty z nawiązką. Netto: 03:56:39 i brutto 03:59:53. Ponad 3 minuty lepiej niż zakładałem.  Jest FANTASTYCZNIE! ;-)

Maratończyk Krzysztof :D

Teraz nie pozostało mi już nic innego, tylko dojść do pełnej sprawności ;-) W poniedziałek nie było lekko, ale w pracy się pojawiłem ;-) Dziś czuję się już całkiem nieźle. Powoli dochodzę do siebie, lecz tego wydarzenia z pewnością nie zapomnę.

Byłbym nieuczciwy, gdybym zapomniał o kibicach. Było ich mnóstwo, a doping dodawał kopa. Wiem już, dlaczego jest tak istotny dla sportowców. Myślę, że bez tego nie da się wykrzesać z siebie 105% możliwości ;) A to właśnie udało mi się osiągnąć, za co szczerze i serdecznie DZIĘKUJĘ! ;-)

Kubiak Krzysztof


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge